Od przedszkola do… donikąd. O bolączkach edukacji w Polsce

Polski system edukacji

Analizując polski system edukacji można mieć wrażenie, że mamy do czynienia z uporządkowanym, sprawnym systemem kształcenia obywateli od najmłodszych lat. Niestety jest to tylko pozorne wrażenie. Po głębszym zapoznaniu się z efektami jakie na końcu daje ów system należy stwierdzić, że jest on wyłącznie fasadowy.

Nikt chyba nie ma wątpliwości, że w ostatnich latach jakość oraz wartość wykształcenia w Polsce znacznie się zdewaluowała. Najprościej to zauważyć po technicznych, technologicznych inżynierskich profesjach, gdzie ludzie kończący zawodówki o danym profilu lub technika profilowane, wyprzedzają o głowę wiedzą dzisiejszych młodych doktorów, szumnie lansowanych na elitę intelektualną naszego kraju. Dokąd prowadzi taka droga? Otóż odpowiedź jest banalnie prosta – donikąd. W dalszej części artykułu postaram się wypunktować widoczne gołym okiem wady oraz zaproponować proste i mogące się sprawdzić rozwiązania.

Przyjrzyjmy się jak dzisiaj wygląda ścieżka edukacji w Polsce. W wieku 5 lat dziecko wysyła się do rocznej zerówki, której zadaniem jest wpojenie zasad funkcjonowania w grupie, poznawanie liter, cyfr oraz nauka pisania. Po zerówce, w wyniku niedawno wprowadzonej reformie edukacji, w wieku 6 lat dziecko rozpoczyna 8-letnią edukację w szkole podstawowej, która do niedawna była 6-letnią, a po niej następowało 3-letnie gimnazjum. Szkoła podstawowa ma nauczyć dziecko elementarnych umiejętności pozwalających na funkcjonowanie w społeczeństwie. Celem artykułu nie jest oczywiście wyodrębnienie i pochwalenie bądź zanegowanie danych efektów edukacji na konkretnym szczeblu, a jedynie wskazanie błędów -w większości systemowych.

Pierwszym i kluczowym jest zabijanie w dzieciach kreatywności oraz logicznego, analitycznego myślenia na poczet utartych, przewidzianych przez system schematów. Często uczniowie wybitnie zdolni, posiadający ponadprzeciętną percepcję oraz zdolność myślenia analitycznego na poziomie, którego mógłby się powstydzić nie jeden dorosły są najbardziej pokrzywdzeni. Mówiąc wprost, są niedoceniani przez system, bo wymusza się na nich np. na zajęciach matematyki liczenia tylko jedną, wskazaną przez program metodą – proszę pomyśleć jaka mogłaby być mina nauczyciela, który rozwiązanie równania z kilkoma niewiadomymi otrzymałby z użyciem całek i pochodnych. Dziecko obecnie jest jednak zmuszone do wykorzystania przewidzianej w programie metody – tym samym pozbawione jest możliwości kreatywnego, niejednokrotnie szybszego rozwiązania problemu. Największym błędem w kształceniu od najmłodszych lat jest nie tylko zabijanie kreatywności, ale również pozbawianie możliwości samodzielnego działania oraz negowanie niezależnego, pozaszkolnego poszerzania wiedzy w danym zakresie.

Polskie szkolnictwo podstawowe nie uczy rozwiązywać problemów tylko każe rozwiązywać zadania wg. ściśle określonego klucza, co bezpośrednio skutkuje stworzeniem blokady w kreowaniu przez dziecko własnej, samodzielnej ścieżki edukacyjnej. W naszym kraju na obecny moment po zakończonej szkole podstawowej dziecko musi obrać drogę dalszego rozwoju, od której będą zależeć dalsze losy zawodowe. Kolokwializując do granic możliwości, istnieją trzy drogi dalszego rozwoju: zasadnicza szkoła zawodowa, liceum ogólnokształcące bądź profilowane oraz technikum będące połączeniem pozostałych ścieżek edukacji. W tym miejscu należy zadać sobie pytanie czy na pewno obecny system, który nakazuje 14-latkom wybierać życiową drogę, pozwala na podjęcie tak poważnej decyzji w dojrzały i przemyślany sposób. Czy 14-latek jest w stanie podjąć dobrą decyzję na temat swojej przyszłości – czy chciałby w życiu zostać hydraulikiem, prawnikiem, lekarzem czy też doktorem nauk ścisłych i pracować na uczelni. Moim zdaniem absolutnie nie. Decyzje te są często podejmowane pod wpływem chwili, znajomych, rodziców czy też wyborem łatwiejszej, prostszej drogi. Tutaj mamy do czynienia z kolejną bolączką. Ciężko jednak jest zaproponować skuteczne rozwiązanie, ponieważ nie można przeciągać tej decyzji w nieskończoność, ani podjąć jej za młodego człowieka.

Przyglądając się ponadpodstawowej edukacji, zawodówek oraz szkół średnich, na usta ciśnie się jedno: zapaść poziomu nauczania – istna równia pochyła. Uważam, że w naszym kraju na przestrzeni ostatnich 25 lat nastąpiła dwukrotna dewaluacja wartości wykształcenia. Niegdyś, w latach 90-tych, takim standardem była matura, a dzisiaj – tytuł magistra przed nazwiskiem. Tutaj należy uderzyć się w pierś i odpowiedzieć samemu sobie na pytanie – czy można pomiędzy dzisiejszym magistrem, a magistrem sprzed 30 lat postawić znak równości? Pomimo, iż swoją pracę magisterską obroniłem we wrześniu tego roku, a całkiem niedawno rozpocząłem doktorat to uważam, że absolutnie nie! Zauważyłem to po raz pierwszy przed kilkoma laty będąc technologiem na stażu przemysłowym w jednej z większych odlewni w Polce. Spotkałem tam ludzi, którzy ukończyli techniki odlewnicze czy mechaniczne około 40 lat temu i niestety z wielką przykrością przyznaję, że moja wiedza była niczym w porównaniu do nich. Odniosłem wtedy wrażenie, że moje wykształcenie jest jednie pozorne, tylko na pokaz i puste w środku. Techniczna wiedza tych ludzi potrafiłaby zawstydzić wielu pracowników naukowo-dydaktycznych na uczelni wyższej. Dlaczego tak się dzieje? Na to pytanie ciężko jest udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że może to wynikać z pobłażliwości systemu dla słabych, która z kolei może być spowodowana niżem demograficznym. Mówiąc wprost: dalej przepuszcza się wszystkich. To jest kolejna wada systemu – brak zdolności do wyeliminowania słabszych, niepotrafiących spełnić założeń nauczania ludzi. Dzisiaj na studia idzie prawie każdy i każdy kto się na nie rekrutuje zostaje studentem, czyli bezpośrednio beneficjentem kulawego, słabego i wołającego na dzień dzisiejszy o pomstę do nieba systemu szkolnictwa wyższego. Tutaj dochodzimy do meritum. Z jednej strony mamy niż demograficzny, a z drugiej strony nadmiar słabych licencjatów, inżynierów, magistrów, a w efekcie nawet doktorów. Dzisiejsze studia prawdę mówiąc są bezwartościowe. Przekazują w większości niepotrzebną nikomu wiedzę teoretyczną. Na wielu kierunkach prowadzi się bezsensowe zajęcia np. ochrona środowiska na inżynierii materiałowej czy ekologię na mechatronice. Są to przedmioty przewidziane w programach studiów, które ani o jotę nie przybliżają młodych ludzi do bycia wybitnym materiałowcem czy mechatronikiem. Przedmioty na zasadzie „zapchajdziury” po prostu marnują czas na studiach. Oczywiście nie można dojść do rozumowania, w którym zakładamy, że przyszli inżynierowie powinni kształcić się wyłącznie w techniczną stronę, czyli liczyć, projektować jak i myśleć technicznie. Do programów nauczania na studiach powinno na trwałe wpisać się niezależnie od kierunku czy profilu studiów nauczanie Design Thinking, Zarządzanie Projektami, Zarządzanie Zespołem, Wystąpienia Publiczne czy Negocjacje. Na dzień dzisiejszy mało które uczelnie przewidują w swoich programach studiów tego typu przedmioty, a przecież te umiejętności stanowią jedne z ważniejszych, jak nie najważniejsze kompetencje niezwiązane z kierunkiem kształcenia. Ogromnym problemem uczelni wyższych jest również brak wyspecjalizowanej kadry naukowo-dydaktycznej w wielu obszarach kształcenia. W efekcie dochodzi do sytuacji, w której będąc doktorem habilitowanym zajmującym się 30 lat odlewnictwem metali, z dnia na dzień dowiadujemy się, że będziemy prowadzić ze studentami przedmiot pt. Środki bezpieczeństwa pracy lub Bezpieczeństwo obsługi maszyn. To samo tyczy się chociażby doktorantów, którzy bardzo często dostają do prowadzenia zajęcia mocno wykraczające poza ich zainteresowania czy wiedzę. Nie są oni w stanie poprowadzić rzetelnie i ciekawie takich zajęć z prostej przyczyny: po prostu nie znają się na danym zagadnieniu. Tutaj ciężko jest postawić jasną i klarowną diagnozę pozwalającą na oczyszczenie i usprawnienie całego systemu.

Podsumowanie

Podsumowując, mamy w kraju szkoły kształcące po prostu słabo. Następnie Ci słabi uczniowie idą na uczelnie, które ponownie… są słabe. Uzyskane dyplomu magistra czy później doktora jest w większości przypadków fasadowym, nic nie wartym osiągnięciem w życiu młodego człowieka. Dodatkowo, analizując światowe rankingi uczelni należy stwierdzić, że nasze uczelnie są na tle świata najzwyczajniej w świecie poniżej przyzwoitego poziomu. Gdzie jest panaceum na całe zło polskiej edukacji? Poza zaproponowanymi niuansami należy mieć nadzieję, że wprowadzona reforma szkolnictwa podstawowego oraz planowana reforma szkolnictwa wyższego, czyli standardowy projekt wicepremiera Jarosława Gowina uleczą ten chory i patologiczny system i raz na zawsze zakończą erę punktozy oraz familizmu na uczelniach wyższych.

Category: Szkolnictwo wyższe

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *